Serial, którego powstanie nie ma większego sensu, czyli recenzja 1. sezonu “Narcos: Mexico”

Nawet nie macie pojęcia jak bardzo czekałam na to nowe “Narcos”. Średnio zachwycona trzecim sezonem (poza Pachem, on był doskonały) zastanawiałam się, czy w ogóle będę oglądać kolejny. Wiadomość o czymś zupełnie nowym, ale w starym klimacie zupełnie mnie wkręciła, potem pojawiła się informacja o angażu Diego Luny. Jeśli obserwujecie fanpage Perory to nie muszę wam mówić, że to właściwie wystarczyło, żebym kilka miesięcy wstecz dreptała niecierpliwie za tym nowym “Narcos”. 

Efekt końcowy tego sezonu to wiele zadawania sobie pytań: “Ale dlaczego? Po co?”, na które nie mam odpowiedzi do dziś. Ta recenzja nie jest na czas, jest sporo po premierze, ale tak właściwie po wielkim “meh” otaczającym tą premierę na Netflixie czy to ma jakieś większe znaczenie? Chciałabym jednak, żeby ta recka miała większe znaczenie, bo spróbuję wyjaśnić dlaczego właściwie “Narcos: Mexico” spotkało się z tak obojętnymi recenzjami, kiedy to nadal jest dobry serial.

Zły czas

W 2015 roku dostaliśmy serial dynamiczny, pełen akcji, intryg i rozlewu krwi. W końcu z czym innym możemy kojarzyć początki dystrybucji najbardziej pożądanego i niebezpiecznego narkotyku? Reklamowano serial jako spojrzenie na baronów narkotykowych oczami ludźmi, którzy ich złapali i na początku rzeczywiście tak było. Zobaczyliśmy życie prywatne Javiera Peny i Steve’a Murphy’ego oraz ich charaktery i różne podejście do sprawy. Potem trochę się to rozmyło, a Netflix po zobaczeniu, że widzów bardziej interesują jednak baroni narkotykowi niż agenci DEA zmienili po części swój kierunek. Poznaliśmy też bardzo rodzinnego i na pierwszy rzut oka porządnego człowieka, który jednak był bezlitosnym gnojem. Możemy się kłócić, czy Pablo Escobar zasługiwał na naszą sympatię czy nie, ode mnie jej nie dostał, chociaż postać uwielbiałam. Kreacja Pablo była wszystkim czego można chcieć od tego typu złola. Był taki przesadzony na rzecz dramatu w odpowiedniej ilości, dynamiczny kiedy trzeba, ale mieliśmy szansę zobaczyć też jego ludzką stronę. Wszystkie sezony “Narcos” to wieczne pościgi, wybuchy i przelane hektolitry krwi. Tego wymagała tematyka, żeby w pełni pokazać jak niebezpieczna była, i w sumie nadal jest, dystrybucja kokainy. Wszystko to kupuję i absolutnie akceptuję, chociaż miałam gorsze momenty z tym serialem, to jednak przez większość odcinków nie mogę się oderwać i jestem oczarowana historycznymi materiałami wrzucanymi w fabułę.

Teraz przechodzimy do “Narcos: Mexico”, cofającego nas w czasie do lat 80. i dystrybucji marihuany. Okresu, kiedy DEA nie miało żadnego znaczenia, a wręcz traktowano ich jak problem i wyśmiewano. Nasz baron narkotykowy to poczciwy chłopak ze wsi, którego marzeniem jest zbudowanie imperium. A agent go ścigający przez większość czasu ma związane ręce. Tu pojawia się problem, bo to już z założenia będzie mniej dynamiczna opowieść, na mniejszą skalę niż klasyczne “Narcos” i wstęp do historii, której rozbudowanie widzieliśmy dawno temu. Nie mogłam przestać zastanawiać się dlaczego w ogóle twórcy postanowili teraz zgłębić tą historię, a nie zacząć przed samym “Narcos” albo nie zgłębiać jej w ogóle. Bardzo rzadko mam podejście, że coś było zbędne, ale w tym wypadku, nawet jeśli serial mi się podobał, to uważam, że nikt by nie ucierpiał jakby w ogóle nie powstał. Może poza moim poczuciem estetyki, bo nie mogę narzekać na widoki, głównie Diego Luny, ale te Gudalajary też.

“Narcos: Mexico” to dobry serial z świetnie rozbudowaną postacią Felixa Gallardo, nawet lepiej niż Pablo Escobara. Jest mniej przebojowy i bardziej przyziemny, ale właśnie to mi się tak w nim podobało. Od razu mówię, że nie mam pojęcia jak to wygląda historycznie, bo zupełnie się tym nie interesowałam, ale z takiego powierzchownego opisu Felixa jak dla mnie pasuje bardzo. Rozwój jego charakteru pokazany w jednym sezonie jest nieziemski. Od zwyczajnego chłopaka ze wsi, który chwytał się czego mógł, żeby utrzymać rodzinę, po zalążek prawdziwego, niebezpiecznego bossa. Dostałam Felixa dokładnie takiego jakiego chciałam, czyli sympatycznego gościa, miłego dla swoich współpracowników, chcącego zawsze się dogadać i uciekającego się do przemocy jako ostatnią deskę ratunku. Felix to świetny strateg z innowacyjnymi pomysłami, który w legalnym biznesie mógłby zajść na sam szczyt, w tym nielegalnym też osiągnął więcej niż ktokolwiek mógłby się po nim spodziewać. Gdzieś jednak w połowie wrzucono wątek zdrad i kochanek, który tak totalnie mi nie pasował do jego postaci i wymusił pytanie: “Ale po co?”. Jednak wraz z końcem sezonu widzimy tą wyraźną zmianę w nim, kiedy znika sympatyczny chłopak a na jego miejsce pojawia się El Padrino. 

Mamy też Enrique Camarenę, agenta DEA z wielkimi planami i potrzebą zbawienia świata. Wielu osobom zupełnie nie podszedł, a ja go w całości kupiłam. Nie jako nieustraszonego agenta jak Javier czy Steve, tylko jako symbol i iskrę. Od niego się wszystko zaczęło, on napierał póki DEA nie miało większych praw, on pokazał, że kartele nie muszą być bezkarne. Dzięki niemu też DEA nabrało znaczenia w świecie i dla innych władz. 

Chaos i niezdecydowanie

To nie jest jednak tak, że ten serial jest doskonały. Wciągnęłam się w niego, zachwycił mnie wizualnie i kupuję jego zamysł, chociaż nie do końca rozumiem nadal po co go robiono, ale daleko mu do ideału. Najbardziej rażące jest, że mamy może z osiem charakterystycznych postaci, a reszta jest takim zupełnym randomem. Większości nawet nie pamiętam imion, a tym bardziej nie interesuje mnie jak któreś z nich zginie. Aktorsko był dobrany świetnie, znowu dobra robota, jeśli chodzi o castingi. Jednak nie daliby rady ogarnąć takiej ilości postaci, żeby każdy został zapamiętany. Tym bardziej, że ten serial miał ogromny problem jeśli chodzi o chaos i bezużyteczne wrzucanie wątków, żeby tylko zadowolić fanów autentyczności. Zdrady Felixa, miłosny wątek Rafy, obecna żona i była żona Felixa to też takie wątki, o których po minucie szło zapomnieć. Tak w sumie to Felix też szybko o nich zapomniał. Nie do końca też wiedzieli, co tak naprawdę chcieli osiągnąć i w którą stronę z większością postaci iść. Jak dla mnie mogli w całości pominąć ten pierwszy sezon i przeskoczyć od razu do rewolucji w DEA. Niczego to by nie zmieniło. Niedopracowany jest ten serial, taki jest mój główny zarzut.

NARCOS: MEXICO SEASON Season 1 EPISODE 1 PHOTO CREDIT Carlos Somonte/Netflix PICTURED Joaquín Cosío, Diego Luna, Horacio Garcia Rojas

Z dobrych rzeczy, nadal jest piękny wizualnie, muzycznie zachwycający i potrafiący zaskoczyć. Mniej jest to wszystko przebojowe i robi wrażenie niż “Narcos”, ale dla kogoś kto poprzednika nie widział produkcja zdecydowanie wyjdzie na plus. Ja nie mogę się doczekać tego drugiego sezonu, nawet jeśli jestem trochę rozczarowana, że ten pierwszy był takim zapychaczem przed prawdziwą akcją, ale dostałam dużo Diego, nie będę narzekać. Podobało mi się też to przedstawienie zarówno DEA jak i władz, kiedy organizacja jest całkowicie bezużyteczna, bo własny rząd ją blokuje przed działaniem. Wszechobecna korupcja też była przerażającym obrazem Meksyku. Większa bezkarność bossów narkotykowych była tu obecna niż w “Narcos”, przez co jeszcze bardziej przejmujący świat jaki został nam pokazany. 


+ kreacja Felixa Gellardo,
+ obraz Meksyku,
+ kadry i muzyka,
+ subtelniejsza i mniej efekciarska akcja niż w “Narcos”


– wiele zbędnych postaci,
– wiele zbędnych wątków,
– chaos w fabule


Obserwuj

Bądź na bieżąco z postami!