Pięć w jednym, czyli pierwsza tura festiwalowych recenzji

9. Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja dobiegł końca i jeszcze niezupełnie się z tym nie pogodziłam. To były naprawdę niesamowite cztery dni, w zupełnie innym klimacie i odcięciu od rzeczywistości. Od czwartku do niedzieli liczyły się tylko filmy, dyskusje i warsztaty oraz to, żeby dostać się na wszystko, co zaplanowałam. Nie wyobrażam sobie, żeby tego typu wydarzenie odbyło się w innym miejscu niż w Łódzkiej Filmówce. Niepowtarzalna atmosfera i jeszcze ta cała otoczka 70-lecia szkoły z wystawą najbardziej znanych twórców, którzy się w niej uczyli, coś magicznego. Udało mi się zobaczyć tyle filmów, że aż musiałam post podzielić na dwie części. Widzimy się za rok na jubileuszowej edycji, a ja zapraszam na podsumowanie, wrażenia i minirecki.

Jak tak teraz myślę, to pozwiedzałam trochę krajów przez te dwa dni Festiwalu Kamera Akcja. Zaczęłam od Polski, przeskoczyłam do Norwegii, potem Brazylia i największe zaskoczenie, bo aż dwa razy Francja. Gdybym prowadziła bloga filmowego a nie serialowego to już bylibyście świadomi jak bardzo nie przepadam za kinem francuskim. Próbowałam różnych gatunków, okresów produkcji i po prostu mi nie podchodzi. Mogę nawet z miejsca udowodnić, że “Rusałka” jest dla mnie lepszym filmem niż “Amelia”. Jednak moja strategia wybierania filmów nie obejmuje sprawdzania miejsca produkcji, bo nie chciałam sama siebie zniechęcać, więc szłam w ciemno.

Codzienne relacje nie wyszły, bo najzwyczajniej w świecie nie było czasu, żeby obejrzeć wszystko i jeszcze zdążyć coś napisać. Pobudka rano, powroty w nocy, cały dzień tak zapełniony filmami, że nawet lepiej, że nie postanowiłam pisać od razu o wszystkim, bo miałam chociaż chwilę na refleksję po tym, co zobaczyłam. Jednak zacznijmy od początku, z pierwszego dnia pojawił się post na fanpage’u Perory, więc odeślę was tam i przejdę od razu do dnia kolejnego.

Piątek zaczęłam od zajęć z analizy i interpretacji filmu podczas których prowadząca – Kamila Żyto przybliżyła nam reżyserskie zabiegi na podstawie filmu “Niedzielne igraszki” Roberta Glińskiego, które były wstrzymane od dystrybucji przez sytuację w Polsce w latach 80. Po takiej bardzo szczegółowej analizie oraz szukaniu ukrytych znaczeń i symboliki czułam się przygotowana na seans “Thelmy” Joachima Triera, na którą czaiłam się bardzo długo, ale nie było mi dane wybrać się na pokaz u mnie w mieście. Potem brazylijskie “Loveling” i dwa francuzy “Jeszcze nie koniec” oraz bardzo głośny nowy film Gaspara Noe “Climax”poprzedzony dyskusją o filmach dyskomfortu. Bez wątpienia, najbardziej owocny dzień z całego festiwalu, ale inne też nie pozostają bardzo w tyle. Obawiałam się ciągle, że będę musiała odpuszczać filmy i biec na coś innego, bo nie znajdę miejsca, ale tak naprawdę wszystko było przygotowane tak, żeby wpuścić jak najwięcej ludzi i wykorzystać każdą wolną przestrzeń, nawet jeśli nie w fotelu. Potem już trochę wyluzowałam i nie biegałam od sali do sali, tylko na spokojnie odhaczałam kolejne filmy.

Obejrzałam prawie wszystko, co zaplanowałam. Co prawda oficjalne plany różniły się trochę od tych pierwotnych i z dnia na dzień układałam wszystko na nowo, ale mimo to odpuściłam tylko jeden film i to ze względu na późną godzinę oraz spadek energii, którego żadna kawa, by nie podniosła. “Płomienie” kiedyś na pewno nadrobię, a teraz przechodzę wreszcie do minirecek filmów, które widziałam przez pierwsze 2 dni Festiwalu Kamera Akcja.



“Córka trenera”

Czy normalnie wybrałabym się na polski film o tenisie? Na pewno nie, a powinnam w tym przypadku, bo nawet jeśli omijam szerokim łukiem produkcje o tematyce sportowej, to tutaj ten tenis jest jedynie tłem i klejem dla życia bohaterów. Jednak nie jest on tak natarczywy, że musiałabym udawać, że rzeczywiście interesują mnie te zawody, na które jeździ bohaterka. Wiktoria jeździ ze swoim tatą-trenerem na rozgrywki tenisowe po całej Polsce. Trzymają się bardzo surowej diety i wymagających ćwiczeń, nie mają nawet chwili odpoczynku. Jednak ten tenis jest tylko tak z boku, główny nacisk został położony na relację ojca i córki oraz pogoni za niespełnionymi marzeniami rodzica i przekładaniu ich na dziecko. Chociaż nie pomijałabym też wątku sportu, bo został przedstawiony w bezlitośnie szczery sposób. Jeżdżenie po całej Polsce, puste trybuny, spanie w najtańszych hostelach, zerowa sława i rozpoznawalność, bo mało kogo obchodzą tenisiści póki nie trafią na zagraniczne zawody, które naprawdę mają znaczenie. I nie oszukujmy się, tenis do dosyć monotonny sport, jednak tutaj został tak pięknie i dynamicznie nakręcony, wręcz poetycznie w dodatku z muzyką klasyczną.

“Córka trenera” wyszła naprawdę dobrze, nie spodziewałam się wiele, bo zupełnie nie jestem zaznajomiona z tym reżyserem, ale film wizualnie jest przepiękny. Niby zwykły dramat, jednak widoczne były te artystyczne zabiegi, które bezbłędnie się wpasowały i nadały produkcji wyjątkowego klimatu. Aktorsko też wyszło bardzo dobrze, zwłaszcza Jacek Braciak w roli taty wreszcie miał okazję skupić cały blask na sobie i prawdziwie się wykazać. Daleko za nim też nie była Karolina Bruchnicka, w swoim aktorskim debiucie. Jej Wiktoria była dwuznaczna, skomplikowana, ale jednocześnie zachowywała się jak typowa nastolatka. Największą zaletą i jednocześnie całym urokiem filmu jest oczywiście relacja Wiktorii i taty pokazana w logiczny, ale jednak głęboki i zawiły sposób, odkrywając ich najgłębiej zakopane uczucia i prawdziwe motywacje. Nie jest to film niesamowicie wybitny, brakuje mu trochę spójności, wątki były zupełnie od siebie poodcinane, zdarzały się mocno przegadane sceny, ale zupełnie nie wyszłam z niego zawiedziona. Dodatkowo na plus wyszło mu spotkanie z autorami i to, że reżyser podzielił się tajnikami współpracy z aktorami i tego, że musiał ich uczyć grać w tenisa, bo nawet jeśli była to fikcja, to po części produkcja opierała się na życiu Łukasza Grzegorzka, który przez pewien okres w swoim życiu był synem trenera i robił karierę w tym sporcie.



“Thelma”

Ode mnie recenzja tego filmu będzie pozbawiona porównań do “Carrie”, bo nadchodzę z innymi. Joachim Trier to jakaś bardzo daleka rodzina z Larsem von Trierem, ale jednak rodzina. Ten film to było wzięcie wszystkiego za co cenię Larsa i napisanie tego po swojemu. Nie mogłam się powstrzymać w trakcie seansu od myślenia o mojej ulubionej “Melancholii”, której ostatnia scena do tej pory siedzi mi w głowie. Cały film bałam się, że naprawdę będziemy świadkami końca świata, a nie tylko dojrzewania wychowywanej pod kloszem Thelmy. Oczywiście nie tylko tym był ten film, ale pierwsze pół godziny odczuwa się jako zwyczajny dramat, więc nie muszę mówić, że ten element metafizyczny wziął mnie całkowicie z zaskoczenia i do samego końca czekałam na jakieś jego logiczne wyjaśnienie. Thelma to studentka, która pierwszy raz mieszka poza domem, z dala od skrajnie wierzących rodziców, którzy kontrolowali ją na każdym kroku. Na studiach poznaję Anję, a wraz z nią alkohol, imprezy i inne negowane przez wiarę rozrywki.

Wyszłam z “Thelmy” naprawdę pod wrażeniem tego jak skonstruowano postać protagonistki, ale też rodziców i jej sympatii. Wszystko tak ze sobą elektryzowało, jeszcze w połączeniu z symbolami chrześcijańskimi, które nakreśliły w większości podejście reżysera do wiary. Thelma ma też silną więź z naturą, co dało pole do popisu jeśli chodzi o wrzucanie takich zimnych, skandynawskich kadrów natury i to wszystko pięknie współgra. To prawda, że film jest momentami nudny i przegadany, ale mimo to wart obejrzenia nawet dla tych przebitek z wężami czy prób wywołania ataku padaczkowego. Chciałabym napisać coś więcej, jednak nie bardzo mogę omijając spojlery, a tego wam nie mogę zrobić.



“Loveling”

Po bardzo udanych dwóch seansach nadszedł wreszcie film,  z którym wiązałam wielkie nadzieje, ale niestety zupełnie minął się z moimi oczekiwaniami. Tym razem padło na brazylię i rodzinną produkcję o małżeństwie z czwórką dzieci, którzy każdego dnia zmagają się, żeby przetrwać ze swoich niewielkich zarobków. Irene i Klaus mieszkają w rozpadającym się domu, gdzie nie ma dla nich wszystkich miejsca i ciągle coś trzeba naprawiać, a niekoniecznie mają na to środki. Praca Klausa praktycznie nie przynosi dochodów, a Irene nie może znaleźć pełnego zatrudnienia, bo ma na głowie cały dom i czwórkę dzieci. Jeszcze ich najstarszy syn dostał propozycję zagrania w zawodowej drużynie piłki ręcznej w Niemczech i jeśli normalnie każdy rodzic byłby zachwycony tak tu pojawia się tylko kolejny problem, bo wyjazd to koszty i też ucieka im jedyna podpora, co zrobią jak już nie będzie chciał wrócić.

“Loveling” ma serce po dobrej stronie i próbuje pozostać rodzinnym oraz lekkim filmem jednocześnie poruszając masę problemów. Tyle, że jak mamy być zaangażowani w postacie i ich los, kiedy wszyscy są bardzo nijacy, pozbawieni charakteru, ale także średnio sympatyczni. Naprawdę nie byłam w stanie przewidzieć w jakim kierunku zmierza ten film, bo nic w nim nie było jasne. Randomowo posklejane sceny i trochę dramatów nie stworzyły żadnego widowiska i do tej pory nie wiem, co miało być fabułą. Z wyjazdu Fernando można było zrobić film coming of age i skupić się na jego rozterkach związanych z wyprowadzką i zostawieniem rodziny, ale w sumie Fernando nie okazuje zbytniego żalu (ani radości) swoim wyjazdem, więc to nie to. Już myślałam, że będzie to dramat o rodzicach, którzy muszą sobie poradzić z faktem, że ich dziecko opuszcza gniazdo i teoretycznie nim jest. Tyle, że przedstawienie tego w tak beznamiętny i nijaki sposób powinno być zbrodnią na gatunku jakim jest dramat. W tle jeszcze przewija się historia siostry Irene, która jest ofiarą przemocy domowej, ale nie mogłoby nas to obchodzić mniej, bo tutaj również podejście twórców jest bardzo obojętnie. Był w tym wszystkim potencjał, ale zupełnie nie został zrealizowany.



“Jeszcze nie koniec”

Jeśli ten film nie zostanie nominowany do Oscara do kategorii nieanglojęzycznej a “Climax” będzie to rzucam w diabły wszelkie gale filmowe i serialowe. Normalnie nie mam jakiegoś bardzo personalnego podejścia do tych wydarzeń. Dużo czasu też minęło odkąd oglądałam wszystkie filmy przed Oscarami, żeby być na bieżąco, ale tegoroczne Emmys mnie złamały, jeśli chodzi o akceptację zupełnie nietrafionych nagród. Złamał mnie też ten film. Kino francuskie, chciałabym przypomnieć, którego dramaty są dla mnie przesadzone, a romanse zbyt ckliwe i kino o niczym, które normalnie lubię od czasu do czasu, zrobione przez francuzów jest męką. Tutaj nic takiego nie miało miejsca, zostałam wciągnięta w sam środek dramatu i prawie do samego końca nie wiedziałam w co tak dokładnie mnie wciągnięto. Miriam i Antoine to rozwodnicy, którzy nie mogą się dogadać w kwestii podziału opieki nad dziećmi. Głównie Antoine ma problem, bo była żona zabrania mu kontaktu z niepełnoletnim synem i zupełnie ignoruje jego prawa. Od samego początku film zasiewa w nas wątpliwości. Słyszymy zeznania matki, że Antoine jest brutalny i zaborczy, a potem jego, że to Miriam jest zła, bo nie pozwala mu na kontakt z dziećmi i nastawia je przeciwko nim.

Ten film jest bardzo prosty, nie ma tam zawrotnej gry kamerą, albo bardzo zawiłej fabuły, ale są wielkie emocje i masa wręcz niekomfortowego napięcia. Reżyser się nami bawi i umiejętnie przerzuca nas na stronę, którą akurat chce żebyśmy poparli, aż sami nie wiemy co myśleć. Ten film złamał mi serce i chcę go bronić przed wszelką niesprawiedliwością jaka go spotka. Aktorsko jest bezbłędny i to już nawet nie chodzi o rodziców, bo zarówno Lea Drucker jak i Denis Menochet to doświadczeni aktorzy z imponującą filmografią, ale największy blask pada tutaj na ich syna Juliena, którego zagrał debiutant – Thomas Giorie. Nie dość, że postać jest świetnie napisana i zagrana to jeszcze Thomas wciela się w swoją rolę z niesamowitym realizmem, który zmusza, żeby się zatrzymać i zapytać samego siebie, czy na pewno powinnam to oglądać, bo czuję się jak intruz. Napięcie i niepewność trzyma do samego końca, ale mimo obecności tego momentu kulminacyjnego, to wcale nie jest nam lżej po tym, co widzieliśmy.



“Climax”

Moja przygoda z Gasparem Noe oficjalnie się kończy. Była to krótka i nieprzyjemna podróż, a wróciłam z niej bardziej skołowana niż byłam przed wyjazdem. Już po “Nieodwracalne” powiedziałam sobie, że walory artystycznie nie są dla mnie wystarczającą motywacją, żeby przechodzić te męki i po prostu nie będę oglądać jego filmów. Jednak inaczej sprawa wyglądała z “Climaxem”, bo słyszałam naprawdę dużo dobrego o tej produkcji, co nie miało miejsca ani po “Nieodwracalne” ani “Love”, więc pomyślałam, że to w końcu ten moment, kiedy będę z niesmakiem wspominać nowy film Gaspara, ale jednocześnie będę chciała o nim dyskutować w nieskończoność. Guess what, it didn’t happen.

Przed “Climaxem” odbyła się dyskusja z ludźmi od czasopisma “Ekrany”, które w najnowszym wydaniu poruszało kwestię kina dyskomfortu. Pani Marta Stańczyk powiedziała coś oczywistego, co jednak zupełnie nastawiło mnie do reżysera i całego filmu. Gaspar Noe ma jakiś problem z kobietami i to jest tak bardzo widoczne w “Climaxie”, że naprawdę zadecydowało o zakończeniu mojej przygody z tym reżyserem. Niejednokrotnie widzimy kobietę bitą, poniżaną, prawie zgwałconą, ale też wyłącznie w bardzo skąpych ciuchach i zachowującą się wyzywająco. Ciekawym też jest jak chętnie pokazywał lesbijskie zbliżenia, a w przypadku dwóch mężczyzn pojawiała się komiczna wręcz pruderyjność. Bardzo mi przeszkadzał styl Gaspara w momencie, kiedy próbował estetyzować przemoc, albo kiedy ukazanie kilkunastominutowej sceny gwałtu miało stać się jego znakiem rozpoznawczym. Nie jest to kino dyskomfortu jakie ja lubię. Dużo dyskutowałyśmy o tym ze Spidey-małpką i naprawdę nie mogłyśmy ogarnąć, co jest takiego fenomenalnego w tym filmie. Oczywiście poza pracą kamery w połączeniu z soundtrackiem i scenami tanecznymi, to był absolutny majstersztyk i nie zamierzam nawet sekundy nad tym debatować. Te wszystkie mastershoty, wariackie kręcenie kamerą i ujęcia z góry to jest istna perełka. Muzyka też robiła wiele, wprowadzała grozę oraz to uczucie szaleństwa i absolutnie przytłaczała widza. Sekwencje taneczne były złotem i to może być jedyna część filmu, którą chciałabym obejrzeć jeszcze raz.

Jednak dalej film leży. Wiem, że wielu widzów Gasparowi wybacza braki fabularne na rzecz jego zabawy dyskomfortem, ale jest masa filmów, które potrafią robić jedno i drugie, więc czemu mam go zachwalać? Poza tym tak szczerze, to ostatnie pół godziny “Climaxu” już naprawdę marzyłam o tym, żeby wyjść i wrócić do domu i to wcale nie dlatego, że przerosło mnie to, co było na ekranie, po prostu się tym znudziłam. Wszystkie postacie, poza oczywiście Selvą były bardzo od czapy. Tak się kręciły bez celu i jak były potrzebne, bo akurat trzeba było kogoś okaleczyć to wtedy się Gasparowi przydawały. Inaczej wszystko wyglądało z Selvą, nie dość, że sama aktorka niesamowicie przyciągająca oko to jeszcze jako jedyna wydawała się w miarę spójna w tym wszystkim. Byłam nawet zawiedziona jak kamera odsuwała się od niej i szła w jakimkolwiek innym kierunku.

Rozumiem kilka założeń filmu, to skołowanie i naćpanie wręcz widza, żeby chciał się stamtąd wydostać tak samo jak bohaterowie. Rozumiem ten ułamek filmu, kiedy napotęgowały się w postaciach ich prawdziwe emocje i ich brudy wyszły na światło dzienne. Naprawdę myślę, że wiem jaką Gaspar miał motywację przy tworzeniu tego filmu. Jednak jego nienawiść do kobiet, która aż razi po oczach w “Climaxie” w połączeniu z fabułą, która nie istnieje stworzyły mieszankę dla mnie bardzo nieprzyjemną i mimo absolutnej doskonałości, jeśli chodzi o reżyserię i aspekty techniczne, nie będę się zachwycać tym filmem. Żegnaj Gaspar, zadbam o to, żebyśmy się ponownie nie spotkali.


Tak wyglądały pierwsze 2 dni 9. Festiwalu Kamera Akcja. Zostało mi jeszcze pięć filmów do minirecek, bo udało mi się w te 4 dni zobaczyć aż 10 filmów i jestem z tego wyniku bardzo zadowolona. Ta serialowa przerwa też mi wyszła na dobre, bo nawet nie zdawałam sobie sprawy jak zatęskniłam za kinem i przede wszystkim jak bardzo je zaniedbałam. Myślę, że filmowe recenzje na tym blogu to coś, co raczej występować nie będzie poza tego typu wydarzeniami (ekhem serialowych też nie ma, leniu), ale taki przerywnik wyszedł stronie na dobre. Widzimy się w drugiej części podsumowania festiwalu!

Obserwuj

Bądź na bieżąco z postami!