“Luke Cage” 2. sezon, czyli zawodów od Marvela ciąg dalszy

Nie będę udawać, że z niecierpliwością wyczekiwałam na kolejny sezon “Luke’a Cage’a”, bo tak nie było. Nadal nie zobaczyłam nowych odcinków “Jessici Jones”, więc śmiało mogę przyznać, że seriale Marvela od Netflixa nie emocjonują mnie tak jak na początku. Ostatnimi czasy lepiej wypadają ekranizacje komiksowe z innych platform, jak na przykład “Runaways”, które nie zapowiadało się na tak dobrą produkcję, a było bardzo pozytywnym zaskoczeniem, albo “Cloak & Dagger” do którego podchodziłam z małym entuzjazmem przez bardzo powolną akcję, ale z odcinka na odcinek wypada coraz ciekawiej.

Przy poprzednim sezonie “Cage’a” byłam dosyć pozytywnie zaskoczona. Słyszałam dużo narzekań, że serial się dłuży, że nic się nie dzieje, a Luke nie potrafi udźwignąć na sobie presji podtrzymania fabuły. Jednak ja tego nie odczułam, a 1. sezon oglądałam z wielką przyjemnością, nawet Cage’a polubiłam bardziej niż kiedy pojawił się u boku Jones. Odpowiedni klimat w połączeniu z bezbłędnym soundtrackiem i porządnym złoczyńcą, a także z poruszonymi problemami społecznymi wciągnął mnie na tyle, że bardzo pozytywnie wspominałam ten seans. Jak jednak ma się sytuacja z kolejnym sezonem?

Luke Cage powraca do Harlemu jako gwiazda i bohater, a mieszkańcy śledzą go przy użyciu aplikacji oraz zatrzymują  na każdym rogu, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie. Superbohater bez maski ma swoje zalety, ale zdecydowanie nie brakuje temu rozwiązaniu wad, czego Luke doświadcza na własnej, niezniszczalnej skórze. Po śmierci Cottonmoutha interesy nad Harlem Paradise i dystrybucją broni przejmuje Mariah, która jednak nie jest jedynym zagrożeniem dla mieszkańców Harlemu. Nowy złoczyńca wyłania się z cienia i planuje własną wendetę za cierpienia sprzed lat.

Jeśli dla kogoś 1. sezon się dłużył, to gwarantuję wiele drzemek podczas nowych odcinków. Naprawdę rzadko zasypiam na serialach, ale tutaj po 3 odcinku przestałam liczyć ile razy mimowolnie przymknęły mi się oczy i odpłynęłam na kilka minut. Po przebudzeniu przewijałam i sprawdzałam, co przegapiłam. Okazało się, że absolutnie nic. Tyle razy zmieniałam zdanie na temat tego sezonu podczas seansu, że po obejrzeniu 7 odcinków w jeden dzień czułam jakbym męczyła się z tym serialem przynajmniej tydzień. Z drugą połową sezonu było trochę lepiej, nadal nie istniało tam żadne napięcie ani zaangażowanie w akcję, ale kilka wątków rozwinęło się na tyle, że dało się to oglądać.

Walcząc ze sobą

Może powinnam zacząć od dobrych rzeczy, żeby trochę łaskawiej spojrzeć na ten sezon.

Niezaprzeczalnie najlepszym aspektem tego serialu jest soundtrack, który dopracowany jest do ostatniej minuty każdego odcinka. Magia nie kończy się tylko na utworach lecących w tle, ale przede wszystkim czarują występy artystów w Harlem’s Paradise. Już od pierwszego odcinka przy występie Joi byłam absolutnie zaczarowana, a dalej było tylko lepiej. Blues przeplatany z reggae oddawał najlepiej charakter tego sezonu i głęboko zakopaną wojnę między Afroamerykanami a Jamajczykami Harlemu. Później mogliśmy usłyszeć hipnotyzujący występ Stephena Marleya, syna Boba, a całość zakończył Rakim rapując o samym Cage’u. Jakbym tego sezonu później nie oceniała, to jego soundtrack zostanie mi w głowie na dłużej.

Kolejnym elementem bez zarzutu były dwie nowe postacie jakie dostaliśmy od twórców. Oboje absolutnie skradli moje serce (chciałabym też, żeby sobie nawzajem skradli) i dźwigali ten sezon praktycznie tylko na swoich barkach. Mam na myśli doktor i zielarkę (brzmi to jak żart, ale ona naprawdę robi cuda łącząc te zawody) Tildę Johnson, graną przez Gabrielle Dennis oraz nowego złoczyńcę i jamajskiego gangstera – Johna “Bushmastera” McIvera, w tej roli Mustafa Shakir. Tilda jest zarówno delikatna i opiekuńcza, jak i mściwa, a często też musi przemawiać jako głos rozsądku Lukowi i Johnowi. Bushmaster to prawdziwe straszny złol, ale też nie brakuje sensu w jego działaniach i motywacjach. Sam fakt, że potrafi wygrać walkę z Cage’em mówi sporo o tym, czego mogliśmy się po nim spodziewać.

Wyszedł też ogólny zamysł motywu tego sezonu, jakim jest rodzina i konsekwencje z którymi się zmagają przez ich wysoko postawionych, lub za bardzo zaangażowanych w Harlem bliskich. Dostajemy backstory prawie każdej postaci, a dzięki temu lepsze zrozumienie ich motywów, chociaż nie zawsze są wystarczającym usprawiedliwieniem dla ich zachowania. Sceny walki też standardowo są na tyle dobrze zrobione, że nie męczą w oglądaniu.

Dodatkowy bonus na plus to cameo Danny’ego Randa. Nie żartuję, to naprawdę był pozytywny aspekt. Danny był zabawny, ich dynamika z Lukiem naprawdę działa, a do tego nawet się przydał w rozwinięciu fabuły. Szczerze podobał mi się ten odcinek.

luke cage, recenzja, sezon 2,

Znacznie więcej jednak nie wyszło w tym sezonie i to może nie na ilość, ale na całościowy odbiór.

Jak już wspomniałam odcinki ciągną się niemiłosiernie wolno i naprawdę odebrało mi to wszelką radość z oglądania. Próbowałam nawet wyłapywać jakieś ukryte motywacje bohaterów, żeby nie przysypiać, ale ten sezon był tak niespójny i źle przemyślany, że się nie dało. Moja wiara w Luke’a i cierpliwość do niego umarła w połowie 2 odcinka, więc wtedy stwierdziłam, że zdecydowanie uratują ten sezon Mariah, Misty i Claire. Jednak po 3 odcinku okazało się, że wszelkie nadzieje jakie miałam, co do naprawdę dobrze zapowiadających się wątków tych postaci poszły w diabły. Konstrukcja była bardzo nierówna i tak nie do końca rozumiem po, co było im tyle odcinków. Jedynym tak naprawdę ciekawym epizodem od początku do końca był finał.

Zero sympatii

Niewybaczalnym dla mnie było zepsucie postaci Hernana, który był tylko pomiatany z kąta w kąt przez pierwsze odcinki. Na szczęście później znowu dali mu błyszczeć i nawet byłam w stanie dzięki niemu zaangażować się w wątek Mariah. Właśnie poza dłużącą fabułą problem leżał w wątkach, które nijak nie potrafiły sobą zaciekawić ani zmusić mnie do kibicowania komukolwiek. Poza historią Bushmastera i Tildy, oni nie zasługują na tablicę wstydu.

Przestałam też lubić Luke’a raz jakkolwiek go rozumieć. Często sam sobie przeczy i nie wygląda to na cechy charakterowe jego postaci tylko zwykłe niedociągnięcia scenariuszowe. Tym razem przyznaję, że Cage nie jest w stanie sam udźwignąć serialu na swoich barkach. Jednak od początku bardziej odbierałam tą produkcję jako historię Harlemu, niekoniecznie superbohatera Luke’a, tylko teraz nie wiem czy nadal uważam to za pozytyw. Jeśli w zeszłym sezonie Harlem to byli ludzie i jednocześnie problemy jakie ich dotknęły w związku z otaczającymi ich gangami, tak tutaj to miasto jest księżniczką w opałach, o którą bije się więcej książąt niż powinno, a w ostatecznym rozrachunku żaden nie jest w stanie jej pomóc.

Brakowało też tego społecznego aspektu, który tak poruszał wcześniej. Ludzie zdaje się, że funkcjonują tylko jak kukiełki kibicując temu bohaterowi, który ma więcej siły, a co do reszty po prostu nie mają zdania. Próbowano poruszać jakieś ważne kwestie, ale twórcy stracili nimi zainteresowanie szybciej niż my.

2. sezon “Luke’a Cage’a” był męką, zbyt znaczącą, żeby rzeczywiście docenić cokolwiek, co twórcy próbowali tu osiągnąć. Jedynym rzeczywiście interesującym aspektem była muzyka i występy artystów w Harlem’s Paradise. Nowi bohaterowie okazali się ciekawsi niż ci starzy, którym podobno powinniśmy teraz kibicować. Seriale Marvela od Netflixa muszą naprawdę podnieść poprzeczkę dla swoich kolejnych sezonów, żeby ludzie nie zaczęli im masowo uciekać.

Ciekawość fabuły: 1/3

Klimat: 1/1

Dopracowanie postaci: 1/3

Ogólny zamysł: 2/3

Ocena: 5 (Przeciętniak)

Obserwuj

Bądź na bieżąco z postami!