The Defenders, czyli wypadałoby w końcu dodać recenzję w pierwsze urodziny bloga.

WordPress powiadomił mnie, że już równy rok staram się tu coś stworzyć i pomyślałam, że wypadałoby coś z tej okazji wreszcie napisać. Może dokończyć któryś z 4 wpisów, którym brakuje tylko ostatnich wniosków? Niee, napiszmy coś nowego.

Serial na który zupełnie nie czekałam i na który nawet nie widziałam jakiegoś większego hype’a – The Defenders. Nie zrozumcie mnie źle, bo bardzo polubiłam się z serialowym Marvelem, ale w momencie kiedy robią to samo przez, co porzuciłam serialowe DC to w żaden sposób nie zachęca mnie do oglądania. Jednak całość obejrzałam tak naprawdę w jeden dzień, więc może warto się przekonać?

Pod belką pojawi się tylko jeden spojler pod koniec wpisu, ale postaram się go wyraźnie oflagować.

Nie lubię jak wymusza się na mnie oglądanie serialu, żeby być w temacie w tym serialu, który już oglądam. To robiło DC, które najpierw zmusiło mnie do oglądania Arrow, którym szczerze gardziłam po obejrzeniu pierwszego sezonu. Jednak musiałam go nadrobić, żeby nie tracić niczego w The Flash, które chciałam oglądać. Potem jak się wkręciłam już w Arrow to pojawiło się Legends of Tomorrow (obejrzane z niechęcią), ale kiedy już próbowali mi wcisnąć Supergirl to przestałam oglądać wszystkie seriale od DC. Nawet to nieszczęsne Gotham, które z niczym nic wspólnego nie miało.

Marvel robił to samo trochę subtelniej i z większym sensem, bo od początku dążyli do tego crossovera, ale nadal robił. Daredevila obejrzałam dobrowolnie z wielką przyjemnością. Potem pojawiła się Jessica Jones i bez przymusu się za to zabrałam, bo dobrze wspominam przygodę z komiksowym Alias i lubię Krysten Ritter. W Jessice Jones znaczną rolę odegrał Luke Cage, ale nie na tyle, żebym chciała usłyszeć jego historię (nie żeby miał coś ciekawego do pokazania). Pojawił się jego serial i obejrzałam, bo wypada obejrzeć. Tym bardziej, że w tym samym czasie zapowiadali Iron Fista (postać którą, o zgrozo, kiedyś bardzo lubiłam i bardzo chciałam Alexandra Skargard, żeby go przeniósł na ekran), a zaraz po nim właśnie Defendersów, czyli do Jessici i Daredevila wciskają Nam już dwa kolejne tytuły. Kiedy jeszcze Luke Cage wypadł po prostu średnio to już Iron Fist zgarnął tragiczne opinie i nawet się za niego nie brałam. Defenders jednak wyglądało całkiem przyzwoicie, więc trochę poczytałam i popytałam, czy muszę nadrabiać tego Iron Fista i dowiedziałam się, że nie (po obejrzeniu jednak trochę się z tym nie zgadzam).

No dobra, na razie marudzę na całego Marvela, ale nic nie mówię o serialu, którego ten post dotyczy. Jest tego powód, The Defenders jest potwornie przeciętny. To jest ten typ serialu, który kiedy ktoś się mnie zapyta, co o nim sądzę, odpowiem: “No spoko”. W większości seriali mogę znaleźć chociaż jeden element godny zachwytu, kiedy zawodzi cała reszta. Cudowna muzyka, piękne kadry, świetny klimat. Tutaj wszystko jest na takim średnim poziomie, że nie ma się czym zachwycać. Trochę winię tu to, że sam Marvel wysoko postawił sobie poprzeczkę po bardzo złożonym i estetycznym Daredevilu i wciągającej Jessice Jones. Gdyby nie poprzednie seriale to ta produkcja wypadłaby naprawdę dobrze, ale teraz oczekiwałam trochę więcej i tego nie dostałam.

Fabularnie nie widzę sensu tego streszczać, bo żeby się za Defendersów zabrać trzeba obejrzeć indywidualne serie tej czwórki. Po pokonaniu ich własnych przeciwników wszyscy spotykają się, żeby zwalczyć wspólnego wroga i obronić swoje miasto. To by było na tyle z fabuły.

Samo połączenie czwórki bohaterów trochę zajęło (a tym razem dostajemy tylko 8 odcinków, nie 12 jak to było przy innych produkcjach), więc z racji małej ilości czasu powinno to pójść szybko i sprawnie. Sami bohaterowie najpierw zapoznają się dwójkami zanim spotkają się wszyscy razem. Jessica z Lukiem już się dobrze znają, więc Jessica dostaje adwokata – Matta Murdock, a Luke miliardera – Daniela Rand (i wiem, że nie mogę się wypowiadać o Iron Fist, bo nie oglądałam, ale te wszystkie wstawki o jego fortunie wydawały się tak bardzo zbędne). Jak wypadło z chemią między bohaterami? No nie wypadło. Daniela w sumie nikt nie lubi i wszyscy się z niego śmieją, Matta uważają za dziwaka, Luke to złoty chłopiec i dogada się z każdym, a Jess ma wszystko gdzieś. Ich interakcje nie są jakieś angażujące, a całość przypomina bardziej grupkę osób z klasy, które na co dzień się unika, ale Pani z geografii zmusiła ich do wspólnego projektu o wulkanach. Do tego w tą całą relację wplątana jest postać, której absolutnie nie znoszę w każdym możliwym wydaniu i tutaj nie jest wyjątkiem.

Za to fajnie im wyszedł klimat, bo każda postać w swoim serialu miała własną kolorystykę i styl narracji, a tu na początku zostawili to niezmienne podczas skakania między postaciami, żeby dopiero później coś połączyć w całkiem neutralny i uniwersalny sposób. Czołówka jednak najbardziej skojarzyła mi się z Daredevilem, a muzyka podczas walk (głównie podczas ostatniego starcia) z Lukiem Cage.

marvel_defenders

Z głównym przeciwnikiem Defendersów spotkaliśmy się wcześniej, trochę w Daredevilu i znacznie w Iron Fist. Jednak tym razem zaglądamy do środka Hand i dowiadujemy się kim są jej palce. Wyszło to całkiem w porządku, każdy ma swój indywidualny charakter i zdanie, tak że nie zlewają Nam się w jedno. Motywy też są jasne i zrozumiałe, jedyne czego nie udało się im pokazać to ich wieku, podobno żyją od stuleci, a muszą ciągle o tym przypominać, żeby się nie zapomniało.

Fabularnie w ogóle nie jest nudno, to się naprawdę dobrze ogląda. Tyle, że bardziej jak niewymagające myślenia Arrow niż jako ambitniejszy serial Marvela. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że Defenders stoi zaraz obok worka wypełnionego serialami typu “guilty pleasure”. Totalnie nie musiałam się wysilać nad analizowaniem postaci, czy ich zachowań, bo wszystko miałam podane na tacy.

Jednak, co najbardziej zabolało w całej produkcji, co ostatecznie przechyliło szalę w mojej ocenie? Zmarnowanie Jessici Jones. Przykro aż się patrzyło, kiedy ta postać była zwyczajnie pomijana w walkach, albo w miejscach kiedy potrzeba było coś zniszczyć. Trzeba rozwalić drzwi i zamiast poprosić supersilną Jones, prosi się Luke’a (ma sens, że tylko faceta prosi się o demolkę a nie kobietę). Jessica nawet w walce nie używa swojej siły, tylko bije na oślep i przyjmuje ciosy, żeby potem któryś z męskiej części musiał jej pomóc. Jedyne czego jej nie poskąpili to typowych dla Jones przytyków i pijackiego sarkazmu (za co ją kocham).

Oczywiście Iron Fist nawet wychodząc ze swojego serialu nie przestaje być irytujący, ale twórcy są chyba tego świadomi, bo ciągle go ktoś wyśmiewa i nawet jego “wielkiego przeznaczenia” nikt nie traktuje poważnie.

Matt tak szczerze to już zaczął mnie męczyć pod koniec drugiego sezonu jego serialu, więc tutaj wypada trochę lepiej, kiedy mniej marudzi o swojej “ciemności” (totalnie nie chciałam tutaj insynuować do jego bycia niewidomym).
SPOILER SPOILER SPOILER
Jednak miał całkiem dobrą scenę do zakończenia jego kariery i jak dla mnie zbędny jest ten trzeci sezon i kontynuacja jego historii.

Luke ma bardzo uroczą relację z Claire i stara się pomóc wszystkim, czyli robi to, co Luke robi najlepiej. Nie ukrywam, że mimo jego normalnego związku z Claire, bez przesadnej chemii, chciałabym go już z powrotem z Jessicą.

 

Podsumowując. The Defenders jest bardzo przyjemnym i mało wymagającym serialem, który można pochłonąć w jeden dzień, a zaraz potem o nim zapomnieć. Wypada słabo pod względem wizualnym i technicznym na tle dwóch pierwszych produkcji, ale fabularnie jest znacznie lżejszy, czyli trochę lepiej się go ogląda na raz. Minusem jest, że musimy obejrzeć łącznie 60 odcinków poprzednich produkcji, żeby w pełni go ogarniać.

Bez rozdrabniania się na poszczególne oceny daję mu 6,5. Bez serduszka. Nie zasługuje na serduszko.

P.S. Skoro rok już minął to zdmuchując świeczkę na wyimaginowanym torcie chciałabym, żebym miała więcej motywacji do pisania i nie robiła kilkumiesięcznych przerw.

P.S2. Rozczarowaniem miesiąca uznaję dobór aktora na Rhaegara i decyzję dania mu peruki Viserysa.

 

 

Obserwuj

Bądź na bieżąco z postami!