The Tomorrow People, czyli bardzo ambitny pierwszy post.

Jeśli wszedłeś na tą stronę, zobaczyłeś serial, który wygląda jak coś stworzonego dla gimnazjalistów i stwierdziłeś, że musisz czym prędzej uciekać, bo nie interesują Cię młodociane pseudotwory jakiegoś gimbusa to wstrzymaj się z wychodzeniem.
Długo zastanawiałam się nad stworzeniem miejsca, gdzie będę mogła w końcu wyrzucić wszystkie myśli na temat danego serialu i wierz mi lub nie, ale właśnie ten serial mnie do tego skłonił (no i ograniczenia słów przy ocenie na filmwebie).

Serial pokazuje losy grupy ludzi (niewiarygodnie pięknych ludzi, co jest standardem w tym gatunku), którzy z niewiadomych przyczyn wkroczyli w nowy etap ewolucji. Pewnie gdyby serial został przedłużony na kolejne sezony to zostałoby to wyjaśnione, ale nie jest.
Homo sapiens zostało zastąpione przez homo superior, co przejawia się uzyskaniem dodatkowych umiejętności nazwanych “Trzy T”, czyli telekineza, teleportacja i telepatia. Całkiem fajna sprawa, tylko że ewolucja postanowiła im życie trochę utrudnić i odebrała im możliwość zabijania (dobra decyzja, czy nie to kwestia dyskusyjna). Oczywiście esencją fabuły jest The Chosen One, w tym przypadku Stephen Jameson (Robbie Amell), który nawet nie ma wybawić tytułowych Ludzi Jutra, ale po prostu znaleźć swojego zaginionego ojca, który tym wybawicielem jest. Dotychczas grupą dowodził niewiele starzy od głównego bohatera John Young (Luke Mitchell. Przez dobre 10 odcinków zastanawiałam się skąd kojarzę gościa nim w końcu zajrzałam na filmweb i zobaczyłam go w obsadzie H2O. No dobra, na pierwszym poście nie wypadam najlepiej z moim gustem serialowym, ale oglądam też te ambitniejsze seriale, obiecuję. Poza tym nie oszukujmy się, kiedyś wszyscy oglądaliśmy H2O) pomaga mu jego dziewczyna Cara Coburn (Peyton List), która jest bardzo wyczuloną telepatką, więc pełni w pewnym sensie taką rolę Cerebro i znajduje innych Ludzi Jutra i ściąga ich do kryjówki zanim zrobi to Ultra. Ale czemu mieszkają w kryjówce? I kim jest Ultra? Nic nadzwyczajnego, że osoby dodatkowo uzdolnione nie są najmilej widziane, bo przecież strach przed nieznanym jest nam dobrze znany, więc nic dziwnego w tym nie widzimy. Tylko problem tkwi w tym, że nikt tak naprawdę o tych Ludziach Jutra nie wie, poza Ultrą i samymi mutantami. Więc po co ich łapią? Szczerze? Niby rozumiem to całe wyjście na przód i likwidowanie problemu zanim się pojawi, ale sama motywacja Ultry jest tak zagmatwana i pokręcona, że nie mogę stwierdzić jaki mieli powód poza tym oczywistym. Wszystko bardzo przypomina historię X-menów i scenariusze typu: “A co się stanie jak wypowiedzą wojnę ludziom?”. Chociaż do wojny im się nie spieszy i do ludzi nienawiścią nie pałają, bo przecież przez te dobre 15 lat sami takim zwyczajnym człowiekiem byli to jednak trzeba zacząć działać i tak na wszelki wypadek ich wszystkich wytłuc. Głównym masterem zła jest Dr Jedikiah Price (nie wiem jak Wam, ale mnie się to nazwisko w połączeniu z tytułem doktora od razu źle kojarzy przez Hemlock Grove, a na dodatek odgrywa tę rolę Lucyfer z Supernatural, czyli Mark Pellegrino) człowiek bardzo szemrany, pojawia się znikąd, chce niewiadomo czego, pierwsze spojrzenie i od razu wiesz, żeby gościowi nie ufać.

Pojawia się obowiązkowo trójkąt miłosny, od pierwszej chwili bardzo oczywisty wręcz twórcy cisną nam go w twarz, żebyśmy go czasem nie przegapili przez wymowne, przydługie spojrzenia i dwuznaczne wypowiedzi. W kwestii chemii między aktorami i tych miłości wypowiem się pod belką, bo trochę mam im do zarzucenia.

Kończąc tą bezspojlerową recenzję bez recenzji odpowiem na standardowe pytanie.
Czy warto obejrzeć ten serial?  Nie powiem, że serial jest zły. Można go wrzucić w gatunek Young Adult, więc jak na serial z tej kategorii jest całkiem dobry i może się nawet trochę się wybija ponad inne, więc jeśli szukasz czegoś w stylu The Secret Circle, albo The Nine Lives of Chloe King to bardzo Ci się spodoba. Tylko tak jak wyżej wymienione, za bardzo się nim nie nacieszysz, bo kończy się na pierwszym sezonie. No i zawsze czymś przekonującym jest niezwykle przystojna obsada, która bardzo lubi pokazywać się w samej bieliźnie.
Jeśli jednak już wyrosłeś z tej kategorii (i tu bez żadnych przytyków z mojej strony, po prostu w pewnym wieku ten gatunek przestaje się podobać) to serial będzie stratą czasu, bo to wszystko już się oglądało, przewidzieć można cały odcinek, a te liczne zwroty akcji zamieniające każdego w postać negatywną za bardzo męczą. Nie kończyłam jednak tego serialu na siłę, nie nudziłam się na większości odcinkach i fabuła (mimo, że często wywoływała u mnie skrajne przewracanie oczami) była dosyć interesująca, nie oryginalna, ale interesująca. Obsada też nie najgorsza (poza Carą, ale to kwestia jej postaci, a nie samej aktorki), bez wstydu mogę się ogłosić fanką Johna, bo ten typ postaci po prostu zawsze mnie łapie za serce, o czym z czasem się przekonacie.

Wstępnie, moja mini ocena to takie 3/5

Niniejszym wkroczyłeś na Ciemną Stronę i wszystko czytasz na własną odpowiedzialność. Just sayin’
Jeszcze do końca nie ogarnęłam jak chcę, żeby te posty wyglądały, więc po prostu kontynuuję i zobaczę, gdzie mnie to zaprowadzi.

Zacznijmy od obsady. Jak już wcześniej wspomniałam główną rolę gra Robbie Amell, którego możecie kojarzyć z The Flash jako pierwotny Firestorm i mąż Caitlin oraz jego gościnny występ w How I Met Your Mother jako nastoletni chłopak Robin o psim imieniu, którego nawet przyrównali do szczeniaka. Dodatkowo coś czego dowiedziałam się niedawno, jest kuzynem Stephena Amell (Arrow). Podobieństwa nie dostrzegam (poza bardzo nisko osadzonymi brwiami), ale geny mają dobre, bo oboje świetnie prezentują się w roli superbohaterów. Stephen Jameson (Robbie) to nastolatek, który zmaga się z problemami natury psychologicznej powiązanymi z jego ujawnieniem się mocy. Jego cudowna mama (nie zamierzam nawet dalej dyskutować na temat tej kobiety, bo w życiu nie widziałam tak tragicznej matki) wiedząc przez co przechodzi jej syn, nie tłumaczy mu, co się dzieje tylko wpycha mu te psychotropy i wmawia mu, że coś z nim jest nie tak. Stephen lunatykuje (teleportuje się) i słyszy głosy w swojej głowie (to Cara próbuje z nim rozmawiać) przez, co zachowuje się dziwnie i z czasem zasłużył na miano szkolnego dziwaka. Odsunął się od przyjaciół i została przy nim tylko Astrid (Madeleine Mantock. Aktorka dosyć młoda, nie grała jeszcze za dużo, ale bardzo przyjemna do oglądania), która jest w nim zakochana i wiemy to już po pierwszym spojrzeniu na nią. Chyba właśnie ogarnęłam czemu ten serial wcale mi się tak nie spodobał. Mamy sobie Stephena, urody my nie brak, można to bez wahania przyznać, ale w którymś momencie wszystkie dziewczyny nagle rzucające się na niego stały się trochę męczące. To jest właśnie słowo, które najlepiej opisuje ten serial. Męczący. Astrid zakochana, Cara nie chce przyznać, ale wszyscy wiemy, że też, jakaś pijana laska na imprezie to samo, Hillary (trochę przykro się patrzy na dorosłą Carmen Cortez. Podczas miłosnych scen ze Stephenem czułam się wyjątkowo niezręcznie). Dziewczyny, dajcie spokój. Co niby jest takiego wyjątkowego w tym Stephenie?

Rozumiesz mnie, John.

Dobra, miałam zamiar usuwać połowę z tego, co dotychczas napisałam, ale wiecie co? Jaka jest szansa, że nawet jeśli uda mi się coś zrobić z tym blogiem to ktoś będzie wracał do pierwszego postu? Prawie żadna. Jeśli jesteś właśnie taką osobą, to przepraszam za ten chaos i mam nadzieję, że w przyszłości będę pisać w bardziej ułożony  logiczny sposób.

Co Wam jeszcze mogę napisać o obsadzie? Jak już pewnie zauważyliście największą fanką Cary nie jestem, nie lubię jak ktoś zwodzi i rani moje ulubione postacie (John). Jedikaiah to jest postać tak zagmatwana, że nawet twórcy już się pogubili w jego motywach  i pewnie gdzieś w głęboko ucieszyli się, że nie zostali przedłużeni na drugi sezon, bo nie muszą tego ogarniać. Autentycznie mnie też przestało obchodzić, co on planuje i czy zamierza pomagać. Roger i jego Limbo to też temat, który był odsuwany przez większość czasu i tylko powracał jak nie mieli pomysłu na odcinek. Tak właśnie to traktowałam, momentami zapominałam o istnieniu tej postaci, a wzięli go wskrzesili, żeby uśmiercić kilka odcinków później. Może nawet dobrze, bo jeszcze jego by zmienili w złego. Pozytywnym aspektem była postać Irene (Laura Wiggins. Nie powiem, żebym była pozytywnie nastawiona do aktorki, bo w Shameless jako Karen Jackson bardzo mnie irytowała, a z racji mojego bardzo emocjonalnego podejścia do tego serialu to trochę ją skreśliło) małego geniusza, która od razu wnosiła życie i radość do odcinka. Było mi przykro, że Jedikaiah odebrał jej moce i jeszcze bardziej przykro, że nie wiemy, co stanie się z nią dalej.

Osobny post mogłabym stworzyć na temat mojej miłości do Johna. Jest typem postaci, którą lubię oglądać najbardziej i jest najlepszym, co udało się wykreować twórcom serialu. Mimo, że John zdaje się być niechętny w stosunku do zwyczajnych ludzi to właśnie, kiedy zostają mu odebrane moce wydaje się być najszczęśliwszy. Przypomnijcie sobie jak mieszkał u Jamesonów, John jest podręcznikowym przykładem kogoś kto tęskni za normalnym, domowym życiem. Nie jest to postać oryginalna, widzieliśmy już pokrzywdzonego w dzieciństwie chłopca z syndromem zbawcy świata, który próbuje uszczęśliwić wszystkich wiele razy. Ale John jest dopracowany, jego motywy sobie nie przeczą, a dostając praktycznie nic o jego życiu z zainteresowaniem śledzimy jak odkrywają się kolejne części układanki.

Dawno nie byłam świadkiem tak źle dopasowanej chemii między głównym bohaterem a innymi postaciami. Nie wiem, czy to wina gry aktorskiej czy twórców, że każda typowo romantyczna scena z udziałem Stephena była tak niezręczna i wymuszona. Jego “przyciąganie” do Cary byłoby mniej oczywiste gdyby narrator przy każdej ich wspólnej scenie podkreślał, że oboje coś do siebie czują. Ale kiedy cokolwiek fizycznego między nimi się działo, miałam ochotę odwrócić wzrok. To samo tyczy się Hillary. Jedyna nie wymuszona i autentyczna chemia była widoczna w relacji Stephena i Johna. Lubiłam połączenie Astrid i Johna, bo połączyła ich przyjaźń i troska o siebie, a z tego dopiero powstało romantyczne uczucie, ale jak nietuzinkowo i zaskakująco potoczyłaby się akcja gdyby zdecydowali się na tzw.Jephen (musiałam to sprawdzić na tumblerze, przyznaję bez bicia).

Zazwyczaj tego nie robię, więc fakt że zajrzałam bardziej w twórców i ich inne projekty pokazuje jakiś progres w kierunku poważnego zajmowania się serialami. Skoro zwykle tego nie robię to wyobraźcie sobie jak rozbawił mnie fakt, że bez wahania The Tomorrow People skojarzyło mi się z The Secret Circle i The Nine Lives of Chloe King, a za wszystkie trzy seriale odpowiedzialny jest jeden reżyser – Guy Norman Bee. Stworzył bardzo podobny  klimat we wszystkich seriach przez co wydają się one tak podobne. Odpowiedzialny jest również za Veronice Mars, za co mogę mogę mu przyznać wielki plus, serial należy do jednego z moich ulubionych nieważne w jakim wieku go oglądam (planuję wpis na jego temat jak tylko odświeżę sobie trochę fabułę). Ekipa pracująca nad serialem wydaje się dosyć zgrana, pracowali ze sobą wcześniej przy innych produkcjach (może być to związane z faktem, że są powiązani ze stacją The CW, nie wiem. Nie zamierzam się mądrzyć na ten temat, bo nie mam pojęcia jak to wszystko funkcjonuje). Ale Guy Bee musi być jakimś głównym reżyserem CW, bo w jego produkcjach znajduje się większość popularnych seriali tej stacji.

The Tomorrow People jest sequelem serii z lat 70 o tej samej nazwie. Z podobieństw o jakich się dowiedziałam to oba seriale łączy system komputerowy zwany TIM. Starsza wersja nie ma zbyt wielu ocen, ale te które są nie pokazują, żeby produkcja była najgorsza. Pewnie była na takim samym poziomie jakości i popularności jak jej nowszy odpowiednik.

Skoro już zeszło na temat Tima. Interesujące jest jak często skradają nasze serca komputery. Od uroczego Sonny’ego z I, Robot po pyskatego Jarvisa z Iron Mana (nie muszę nawet wspominać o ukochanych robotach z Gwiezdnych Wojen,  prawda?). Tim jest właśnie takim Jarvisem. Bawi nas, kiedy uciera nosa bohaterom i rozczula przy scenach z jego wynalazcą Jedikaiah, ale to wszystko już widzieliśmy. Nie raz.

Kończąc tą jakże chaotyczną recenzję, w której mam wrażenie, że bardziej skupiłam się na wadach niż na zaletach (mimo nie tak negatywnej oceny serialu) nie wiem, czy chcę żebyście serial oglądali, w koncu to żadna radość, kiedy serial Ci się spodoba, a nie możesz kontynuować go dalej (tym bardziej biorąc pod uwagę finałowy cliffhanger). Chociaż z drugiej strony skoro czytasz recenzję pełną spojlerów to albo jesteś masochistą albo już serial widziałeś.

Ciekawość fabuły: 1,5/3

Klimat: 1/1

Dopracowanie postaci: 2/3

Ogólny zamysł: 2/3

Ocena: 6,5 (Przeciętniak) 

 

P.S. Wiecie jak ciężko pisze się blog, kiedy ciągle masz wrażenie, że tworzysz marną kopię Zwierza?

Gif credit goes to tomorrowgifs

Obserwuj

Bądź na bieżąco z postami!